Utrzymanie i wsparcie

Chmurowe bóle i dylematy a sprawa polska

Chmurowe bóle i dylematy a sprawa polska

Podobno od chmury nie ma już odwrotu, ale my, Polacy, ewidentnie mamy z nią problem. Sądzimy, że mieć na własność jest lepiej, niż wynajmować, że o solidność i bezpieczeństwo sami potrafimy zatroszczyć się najlepiej… Uważamy ponadto, że jesteśmy unikalni, często nie chcąc zauważyć, że te nasze przekonania nie mają racjonalnego uzasadnienia i są kosztowne. W życiu prywatnym możemy sobie na to pozwolić. W sferze zawodowej, w której wartości wyznacza rynek i konkurencja, takie myślenie jest nie do utrzymania. W biznesie nie da się robić wszystkiego samodzielnie, a już na pewno nie po kosztach dających możliwość konkurowania. Wygrywają ci, którzy potrafią dostarczyć na rynek produkt lub usługę wystarczająco dobrą, po najniższej cenie, szybciej niż inni. Istnienie ofert chmurowych skłania do analizy modelu biznesowego i struktury kosztów po to, by móc działać sprawniej i taniej. To zmiana, dla wielu z nas trudna, ale raczej konieczna, by móc pozostać w grze.

 
Pod hasłem chmura usłyszeliśmy już chyba wszystko, co możliwe. Pojemność znaczeniowa chmury jest tak duża, że nawet termin big data robi się przy niej mały. Marketing spisał się, nie ma co – balon z napisem the next big thing już dawno nie był tak mocno napompowany. A klient? No cóż, jest chyba trochę zdezorientowany. Z jednej strony, nauczony doświadczeniem, instynktownie pozostaje nieufny. Z drugiej widzi jednak, że rozmowy o chmurze nie toczą się już na poziomie koncepcji, lecz konkretnych propozycji i kwot, i że prowadzą je duże firmy. Każdy menedżer, w jakimkolwiek obszarze informatycznym, zdaje sobie sprawę, że jeśli sam nie pójdzie w tej sprawie do zarządu, prędzej czy później to zarząd przyjdzie do niego.

Lepiej mieć, czy też lepiej nie mieć?

W rozmowach o chmurze pojawia się opinia, że na Zachodzie „to już nikt się nie zastanawia”, tzn. chmura została gremialnie uznana jako kierunek rozwoju informatyki. Dla Polaka to wciąż nieoczywiste. W życiu prywatnym większość z nas wyznaje zasadę, że lepiej jest mieć, niż nie mieć. Lepiej kupić mieszkanie, niż wynajmować. Lepiej wziąć kredyt na samochód, niż leasing konsumencki. Bo lepiej przecież płacić za coś, co w końcu będzie własne, i czym będzie można swobodnie dysponować, niż jedynie za możliwość wykorzystania, lub wręcz tylko za samo wykorzystanie – skrupulatnie mierzone.

To myślenie my, Polacy, przenosimy ze sfery prywatnej na grunt biznesowy. Czy zawsze słusznie? Spróbujmy spojrzeć w szerszym kontekście. Historia polskiej transformacji ustrojowej zna wiele przykładów firm, dla których potrzeba posiadania, np. własnego budynku okazała się kłopotem, lub wręcz gwoździem do trumny. Nic dziwnego, że w USA firma dążąca do posiadania budynku jest traktowana podejrzliwie przez analityków. Według nich, firmy powinny inwestować środki w rozwój biznesu, produkty, usługi, zdobywanie klientów, ewentualnie w kapitał pracujący, a nie w nieruchomości, czy infrastrukturę.

Znakomita większość komercyjnych firm usługowych na świecie, ale również i w Polsce, nie posiada na własność infrastruktury niezbędnej do realizacji usług. Linie lotnicze, armatorzy czy lądowe firmy transportowe – te firmy nie są właścicielami środków transportu, magazynów itd. Wynajmują je lub leasingują. Robią to, ponieważ nie kontrolują koniunktury – posiadanie to nie tylko korzyści, ale również koszty – nabycia, utrzymania, zarządzania – które trzeba pokrywać i w górce, i w dołku. Menedżerowie tych firm teoretycznie mogliby zaspokoić naturalną dla człowieka potrzebę stabilności i zainwestować w środki trwałe. Ich firmy straciłyby jednak elastyczność i zdolność do adaptacji do nieustannych zmian. Posiadanie byłoby dla większości z nich zbyt ryzykowne.


„Linie lotnicze, armatorzy czy lądowe firmy transportowe – te firmy nie są właścicielami środków transportu, magazynów itd. Wynajmują je lub leasingują. Robią to, ponieważ nie kontrolują koniunktury – posiadanie to nie tylko korzyści, ale również koszty – nabycia, utrzymania, zarządzania – które trzeba pokrywać i w górce, i w dołku”


Niższe koszty możliwe są jedynie poprzez skalę i specjalizację. Są więc profesjonalni właściciele infrastruktury, jej zarządcy, a także jej serwisanci. Są też użytkownicy – firmy robiące dzięki niej biznes, i ich klienci. Przykłady można mnożyć. Firmy wykorzystujące Internet czy usługi telefonii komórkowej nie budują same sieci. Energię wytwarzają i dostarczają wyspecjalizowane podmioty. Pieniądze przechowują i rozliczają banki. Wszystko to można zrobić samodzielnie, niekoniecznie lepiej, bezpieczniej czy efektywniej, w jakimkolwiek sensie. Na pewno za to drożej.

Standaryzacja, czyli racjonalizacja

Biznes od lat narzeka na brak klarownych wyliczeń kosztów informatyki. Modeli kalkulacji jest tyle, ilu liczących, a wszystko kręci się wokół stwierdzenia, że „nasz biznes jest unikalny”, bo to, bo tamto. Być może tak. Być może model biznesowy naszej firmy jest jedyny w swoim rodzaju. To jednak nie znaczy, że jest taki w każdym calu, i że w związku z tym wszystko powinno w nim być niestandardowe. Ten tok rozumowania bardzo łatwo można sprowadzić do absurdu – długopisy, śrubki… A przecież nie o to chodzi. Dla biznesu jako całości, im więcej standaryzacji, tym większe możliwości panowania nad kosztami, a więc także potencjał dla zysku rośnie.

Pojawienie się wielu propozycji dostarczania infrastruktury, usług i aplikacji w formie ofert wycenionych w prostych modelach opartych na konsumpcji zasobów daje biznesowi przynajmniej punkt odniesienia. Dowiaduje się na przykład, że poczta w podstawowej wersji, z niedużą, ale całkowicie wystarczającą pojemnością skrzynki, może być śmiesznie tania. Dowiaduje się jednocześnie, że różne usługi dodatkowe, które kojarzył dotychczas jako integralne elementy „poczty”, kosztują sumarycznie dużo więcej, niż poczta.

Kiedy biznes zaczyna analizę od strony potrzeb na serio, okazuje się, że nie wszyscy potrzebują wszystkiego, nawet jeśli dotychczas tak było. Idąc dalej, biznes zaczyna rozumieć, że ponieważ nie wszystkie zasoby są konsumowane w tym samym czasie, ich liczbę można zmniejszyć, ustalając pewien limit dla całej organizacji. Samochody firmowe, liczba wizyt w abonamencie zdrowotnym, minuty, litry lub kilometry w ryczałcie, liczba stron wydruków miesięcznie… to wszystko układa się w pewien wzorzec.


„Standaryzacja umożliwia powstanie skali i korzyści dla wszystkich zainteresowanych. Z perspektywy biznesowej, to nie standaryzacja wymaga wytłumaczenia, ale każde odstępstwo od niej”


Licencjonowanie oparte na liczbie użytkowników jednoczesnych, liczbie skrzynek czy gigabajtów pojemności to dokładnie ten sam schemat. Jeśli strony zgadzają się, według czego naliczane są opłaty, obie mogą zoptymalizować swoje działanie. Choć może nie jest to oczywiste na pierwszy rzut oka, podstawą takiego porozumienia jest standaryzacja – infrastruktury, jej konfiguracji, metod zarządzania nią i rozliczania jej wykorzystania. Standaryzacja umożliwia powstanie skali i korzyści dla wszystkich zainteresowanych. Z perspektywy biznesowej, to nie standaryzacja wymaga wytłumaczenia, ale każde odstępstwo od niej.

Zmiana boli, ale każdego inaczej

Firmy to nie tylko produkty i usługi. To także po prostu ludzie. A tam gdzie ludzie, pojawiają się obawy przed zmianami, występujące na bardzo różnym tle. Dla firmowych informatyków zmiana wiąże się z obawą o „bycie potrzebnym”. Obawa ta nie ma jednak oparcia w rzeczywistości. Przekazanie wykonania pewnych czynności na zewnątrz nie zwalnia firmy z odpowiedzialności prawnej i kontraktowej przed udziałowcami, klientami i pracownikami. Jeżeli menedżerowie sądzą, że chmura pozwoli im zmniejszyć zatrudnienie w obszarze IT, najwyraźniej jeszcze nie rozmawiali z prawnikami.

Pracownicy działów informatycznych obawiają się także wynikających z nowej sytuacji zmian oczekiwań wobec nich. Nie są pewni, czy sprawdzą się w zadaniach zdefiniowanych inaczej, niż do tej pory. Przed taką zmianą w średnim okresie nie da się jednak uchronić, z chmurą, czy bez niej. Na szczęście rynek pracy dla specjalistów IT w Polsce jest tak duży, i oferuje tyle możliwości, że nawet najbardziej niechętni zmianom znajdą sobie miejsce.

Koszty kontra korzyści

Serwer to taki zasób, który po standardowych 3 latach leasingu wciąż warto mieć. Tak uważają administratorzy, wiedząc, że średniej klasy sprzęt może bez problemu wytrzymać drugie tyle. Urządzenie jest spłacone, nie wymaga wsparcia, można na nim uruchamiać mniej ważne środowiska. Problem w tym, że koszt serwera bywa wręcz pomijalny w porównaniu do kosztów licencji i usług wsparcia dla oprogramowania, które na nim działa. Jeżeli oprogramowanie jest licencjonowane na podstawie liczby wykorzystywanych przez nie rdzeni lub gniazd procesorowych, a tak jest w bardzo wielu przypadkach, uruchamianie oprogramowania na serwerze 3-letnim okazuje się bardzo drogie. Na nowym serwerze to samo oprogramowanie będzie działać wydajniej, ponieważ będzie on mieć nowsze, wydajniejsze procesory, a także więcej pamięci. Na przykład, zamiast 4 starych rdzeni, wystarczy jeden nowy. Nowy serwer jest także bardziej energooszczędny. Jeśli zatem istnieje możliwość uzgodnienia z dostawcą usług jaki konkretnie sprzęt ma być ich podstawą, sprawa „lepiej mieć, czy też lepiej nie mieć” nabiera zupełnie innych barw.

Menedżerowie obszarów informatycznych mają obawy związane z popełnieniem błędu przy ocenianiu potencjału ofert chmurowych i tego, jak zostaną przyjęte w firmie. Podświadomie przyjmują postawy konserwatywne, by nie zostać skojarzonymi z porażką w razie niepowodzenia. Ryzyko zawsze jest, i może mieć bardzo wiele przyczyn, przy czym sama usługa zewnętrzna z pewnością nie jest jedynym czynnikiem ryzyka. Organizacyjne „NIE” może być nie tylko wyrazem małej skłonności do ryzyka, ale także naruszać istniejący bilans interesów, i to na wielu poziomach. W takich warunkach decyzja o wykorzystaniu rozwiązań chmurowych wymaga wyraźnego zaangażowania wyższego kierownictwa.

Dla odmiany, menedżerowie obszarów biznesowych są znacznie bardziej skłonni do zmian. Dostrzegają w usługach chmurowych szanse na uzyskanie tego, o co od dawna się dopraszali, a czego nie mogli uzyskać, lub nie byli w stanie sfinansować. Ponieważ widzą jednoznaczny związek między uzyskaniem nowych lub tańszych usług IT a potencjałem biznesowym firmy, stawiają konkretne wymagania. Pytają o bezpieczeństwo danych, o uwarunkowania prawne, o możliwość przeniesienia danych z powrotem do infrastruktury własnej lub innego dostawcy usług.


„Menedżerowie obszarów informatycznych mają obawy związane z popełnieniem błędu przy ocenianiu potencjału ofert chmurowych i tego, jak zostaną przyjęte w firmie. Podświadomie przyjmują postawy konserwatywne, by nie zostać skojarzonymi z porażką w razie niepowodzenia. Dla odmiany, menedżerowie obszarów biznesowych są znacznie bardziej skłonni do zmian. Dostrzegają w usługach chmurowych szanse na uzyskanie tego, o co od dawna się dopraszali, a czego nie mogli uzyskać, lub nie byli w stanie sfinansować”


Na szczęście, kwestie stawiane przez menedżerów biznesowych zostały już doskonale rozpoznane i rozwiązane przez dostawców w odpowiedzi na wymagania tych klientów, którzy najwcześniej dostrzegli chmurowe potrzeby i szanse. Przysłużyła się temu w dużej mierze powszechna wirtualizacja środowisk aplikacyjnych, dzięki której można je przenosić między centrami danych z symbolicznymi zmianami konfiguracyjnymi. Ośrodków, które mogą służyć jako alternatywa dla bieżącego (czy bieżących) dostawców usług, jest w Polsce, o Europie nie wspominając, na tyle dużo, że ryzyko związane z tzw. strategią wyjścia należy uznać za opanowane.

Scenariusze, które działają

Które kategorie usług kojarzonych ze słowem chmura można uznać za choćby umiarkowany sukces w Polsce? Które mają realne szanse w niedalekiej przyszłości? Prym wiedzie poczta, oczywiście. Brak konieczności zajmowania się pocztą nawet wśród konserwatywnie nastawionych informatyków budzi aprobatę – i trudno się dziwić. Zaraz po poczcie mamy rozszerzone usługi współpracy i zarządzania dokumentami, które stanowią dla wielu firm szansę na wdrożenie porządnego środowiska portalowego – bez pokaźnej inwestycji, niemałych kosztów wdrożenia, oraz utrzymania i rozwoju.

Usługą, która zyskała dużą popularność, jest bezpieczne przechowywanie i współdzielenie plików w chmurze. To dobrze wróży usługom backupu realizowanym w tym modelu, zwłaszcza, że są coraz powszechniej oferowane w atrakcyjnych formułach, i to nie tylko małym i średnim firmom, ale także dużym organizacjom. O ile motywacje małych firm oscylują wokół posiadania backupu w ogóle, o tyle dla dużych kwestią pierwszoplanową są koszty. Wykonywanie kopii zapasowych jest dziedziną sumarycznie bardzo kosztowną. Każdy większy system backupowany jest przecież oddzielnie, i to nieraz odrębnym narzędziem, które, znów, wymaga zakupu, wdrożenia i wsparcia. Dla wielu dużych organizacji centralny backup to marzenie, którego pomimo prób nie udaje im się zrealizować. Potencjał jest, i to spory.


„Dla części firm powodem wykorzystania usług chmurowych jest chęć zapewnienia szeregu usług klientom lub partnerom biznesowym. Taką usługą może być poczta, portal do wymiany informacji czy koordynacji działań operacyjnych, a nawet aplikacje zarządzające wspólnie realizowanymi procesami. Uruchamiając takie usługi w chmurze, firma unika dopuszczania podmiotów zewnętrznych do systemów wykorzystywanych wewnętrznie”


Większe firmy są skłonne iść także w kierunku bardziej całościowych ofert, w szczególności w obszarach o dużej zmienności i nieprzewidywalności. Z tych powodów rośnie liczba klientów na chmurowe środowiska do testowania oprogramowania, a także różnorodne przeliczenia i przetwarzania, jak np. na potrzeby kampanii marketingowych. Dla części firm powodem wykorzystania usług chmurowych jest chęć zapewnienia szeregu usług klientom lub partnerom biznesowym. Taką usługą może być poczta, portal do wymiany informacji czy koordynacji działań operacyjnych, a nawet aplikacje zarządzające wspólnie realizowanymi procesami. Uruchamiając takie usługi w chmurze, firma unika dopuszczania podmiotów zewnętrznych do systemów wykorzystywanych wewnętrznie. Ogranicza w ten sposób koszty, upraszcza procedury współpracy, a przede wszystkim unika zbędnych zagrożeń bezpieczeństwa.

A gdy o bezpieczeństwie mowa, niejedna duża organizacja przekonała się już, że zapewnienie dobrego poziomu ochrony wymaga sporych nakładów, nie tylko na rozwiązania, ale także kompetencje. Nie dziwi więc, że zwolenników zyskuje koncepcja clean pipe, polegająca na łączeniu się z Internetem za pośrednictwem usług zabezpieczeń komunikacji działających jako usługa zewnętrzna. Dodatkową korzyścią z takiej architektury jest znaczący spadek zapotrzebowania na pasmo do Internetu, co w skali roku oznacza niemałe oszczędności.

Zapasowe centrum danych – w chmurze

Zapasowe centrum danych – wszyscy chcieliby je mieć, ale tylko nielicznych stać. Nawet kupienie mniejszych maszyn i wykorzystanie dostępnej elastyczności w dziedzinie licencjonowania nie zmienia faktu, że zapasowe centrum przetwarzania jest bardzo kosztowne. Chmura oferuje w tym obszarze duży potencjał oszczędnościowy. Na rynku można już kupić usługi, dzięki którym podczas normalnego funkcjonowania firmy opłaty wnoszone są jedynie za pojemność zajmowaną przez dane, a więc synchronizowane obrazy maszyn wirtualnych. Opłaty za skorzystanie z usługi DRC rozpoczyna się w momencie zaistnienia potrzeby jego wykorzystania, i kończy się wraz z powrotem do sytuacji normalnej. Usługę DRC można w ten sposób zapewnić firmie w cenie zupełnie innego kalibru, niż ten, z którym była dotychczas kojarzona.

 

Jarosław Rosa, ISCG
Jarosław Rosa

 
Autor pracuje w firmie ISCG. Można się z nim skontaktować pod adresem jaroslaw.rosa@iscg.pl